Moja kuchnia - przepisy i zdjęcia.
środa, 03 października 2007
Grzybki, grzybki kryjcie się...
grzyby
 
...bo was Ala zebrać chce.

Jak idę na grzyby to zawsze przypomina mi się ta przedszkolna piosenka. Nie wiem, czy zbieranie grzybów jest tak dziecinnym zajęciem, czy po prostu znam tylko tę jedną, jedyną piosenkę o grzybach (stawiam na to drugie ;)). W każdym razie pochylając się i zaglądając pod krzaki, jakoś mimowolnie nucę sobie właśnie to.
Nie powiem, żebym była wytrawnym grzybiarzem, który znajdzie dorodny okaz nawet na polu marchewki. Ale jeśli grzyby sypną to zdarza mi się kilka znaleźć. Przyznam jednak z ręką na sercu, że od zbierania grzybów, a przede wszystkim ich czyszczenia, wolę je jeść. Najlepsze są takie świeże, podsmażone na maśle i nic więcej. Potem tylko je posolić i jeść, jeść, jeść...
 
grzyby

W ostatni weekend wybraliśmy się w grzybne strony, by zobaczyć co w ściółce leśnej piszczy. Piszaczały przede wszystkim maślaki. Na jednej nóżce podskakiwało kilka kozaków, a nawet całkiem śmiało swoje spore parasole rozłożyły kanie. Choć z fotograficznego punktu widzenia najwdzięczniej wyglądały... muchomory. Te czerwone, zwane przez mego małego grzybiarza bajkowymi. Faktycznie, czerwone kapelusze upstrzone białymi plamkami są takie odrealnione i malownicze. Nic tylko uwieczniać je na zdjęciach.
 
grzyby

grzyby

grzyby

grzyby

grzyby

grzyby

Na sesję zdjęciową załapała się też przytulona do siebie rodzinka purchawek.

grzyby

Miałam niemal pół, naprawdę dużego, kosza zapełnione tymi maślakami. Grozę budziła we mnie konieczność ich obierania, bo widziałam dzień wcześniej jak mój tata walczył z tą nieprzychylną materią. Skutkiem są tak brudne ręce, że przez tydzień nie można ich odczyścic najtajniejszymi domowymi sposobami. Ale co było począć. Gawędząc z Kaeru zabrałam się do czarnej roboty. Nauczona doświadczeniem przywdziałam na dłonie jednorazowe rękawiczki i z chirurgiczną precyzją zdejmowałam brązową skórkę z maślakowych kapeluszy. Na szczęście Kaeru wsparła mnie i przy jej pomocy raz dwa sprawiłyśmy się z grzybową czeredą. Dzięki temu na obiad wyprodukowałam...
 
grzyby 

Sos grzybowo-śmietanowy

To właściwie nie jest sos taki sensu stricte, tylko grzyby w gęstej polewie śmietanowej. Jakoś nigdy mnie nie przekonywały lejące się sosy, w których smętnie dryfują kawałki grzybów. I kiedyś sama z siebie wymyśliłam coś takiego.
 
grzyby

1/2 kg oczyszczonych grzybów (mogą być mrożone albo boczniaki)
1 duża, drobno posiekana cebula
2 duże, rozgniecione ząbki czosnku
200 g gęstej śmietany (optymalna jest 22%)
1 łyżka świeżego, posiekanego rozmarynu
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz
oliwa, masło

Masło i oliwę włożyć na dużą patelnię i podgrzewać dopóki masło się nie rozpuści. Na rozgrzany tłuszcz wrzucić czosnek, chwilę podsmażyć, a kiedy zacznie pachnieć dodać cebulę i mieszając smażyć aż się zeszkli (ok. 3-4 min). Wrzucić grzyby pokrojone na dosyć duże kawałki. Smażyć dopóki nie odparują. Zmniejszyć gaz, wlać śmietanę, dodać zioła, sól i pieprz, wymieszać i podgrzewać jeszcze chwilę. Podawać z makaronem albo białym pieczywem.

Kapelusze z głów drodzy państwo przed grzybami :)
 
 P.S. Podziękowania dla dzielnych zbieraczy grzybów (Mamy, Cioci, Bąbela) i Kaeru za pomoc w obieraniu :)
niedziela, 16 września 2007
Pa, pa, papryka :)

 

papryka 

Uwielbiam warzywa. Czasami nawet sobie myślę, że mogłabym być wegetarianką. Jednak mięso od czasu do czasu ma swój nieodparty czar, szczególnie w połączeniu z warzwyami ;)
Jesień to taki boski czas, kiedy warzywa wysypują się ze straganów. Czerwone pomidory, zielone cukinie, fioletowe bakłażany, złota cebula, feria barw papryki... O, no właśnie papryka. Uwielbiam i na surowo, i przetworzoną w każdy możliwy sposób. No może z wyjątkiem gotowania. To skutek diety, którą kiedyś stosowałam. Chodziło bodajże o zupę kapuścianą, której składnikiem była między innymi papryka. No nie ważne zresztą ;) Tak czy inaczej gotowanej papryce mówię zdecydowane nie.
Na dźwięk słowa papryka - pierwsze skojarzenia leczo. Leczo (lecso) przywędrowało sobie do nas o kolegów Węgrów. Oczywiście wyewoluowało i chyba ilu Polaków tyle pomysłów na leczo (całkiem jak z bigosem). Dla mnie leczo to papryka, cebula, pomidory i koniecznie czuszka (czyli coś w rodzaju chilli). Natomiast nie lubię, kiedy w leczo wala mi się kabaczek lub mięso.

Leczo

 leczo

3 żółte papryki
3 czerwone papryki
3 pomarańczowe papryki
3 zielone papryki
1 czuszka
1 kg pomidorów
1 kg cebuli
3 ząbki czosnku
1/2 szklanki oleju
ostra papryka w proszku, sól, pieprz, ew. cukier

Pomidory umyć, pokroić na ćwiartki i gotować aż się rozpadną, przetrzeć przez sito. Cebulę obrać, pokroić na półtalarki i zeszklić na rozgrzanym oleju. Czosnek posiekać dosyć drobno i dodać do cebuli. Paprykę umyć, oczyścić z gniazd nasiennych, pokroić w paski. Czuszkę dokładnie oczyścić z pestek, pokroić w cieniutkie paseczki i z resztą papryki dodać do cebuli. Dusić aż papryka zmięknie. Dodać przetarte pomidory, sól, pieprz, ostrą paprykę, ewentualnie cukier dla złamania smaku pomidorów i dusić jeszcze 15 minut.
Leczo najlepiej smakuje z pieczywem, ale można podawać również z ziemniakami lub jako jarzynka do obiadu.
Jeśli bardzo nie chce się komuś bawić z przecieraniem pomidorów można dodać pomidory z puszki (najlepiej dużej lub 2 małych).


Właśnie teraz, jesienią szczególny urok mają faszerowane papryki. Ostatnio pod wpływem Dirk niemal cały mniam zaczął robić na obiad papryki. I ja nie mogła się oprzeć ogólnemu trendowi, a że jakoś tak chciało mi się poeksperymentować z tradycyjnym nadzieniem dałam co tam pod ręką miałam i co wg mnie pasowało.

 

Faszerowana papryka

faszerowana papryka

4 strąki papryki (fajnie jeśli każdy będzie w innym kolorze)
30 dag mielonego mięsa (dowolnie wg upodobań)
2 duże cebule
20 dag pieczarek
1 mały bakłażan
2 spore ząbki czosnku
1 jajko
4 łyżki surowego ryżu długoziarnistego
1 łyżka posiekanego świeżego tymianku (1 łyżeczka suszonego)
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
oliwa lub olej
sól, pieprz, inne dowolne przyprawy

SOS:
1 szklanka przecieru pomidorowego (nie koncentratu!)
1/2 szklanki wody
sól, pieprz, cukier


Z papryki odkroić wierzch (coś w rodzaju czapeczki), usunąć gniazda nasienne i umyć.
Cebulę obrać, pokroić w kostkę i podsmażyć na 1 łyżce oliwy na złoto. Pieczarki umyć i pokroić w dość drobną kostkę. Podduscić na łyżce oliwy (jeśli macie nieprzywierającą patelnię lepiej nie używać tłuszczu, tylko pozwolić odparować pieczarkom mieszając od czasu do czasu). Bakłażana pokroić w drobną kosteczkę, wrzucić na silnie rozgrzaną oliwę i stale mieszając podsmażyć na złoto. Każde z wymienionych warzyw smażyć osobno. Przestudzić cebulę, pieczarki i bakłażana. Dodać mięso, jajko, ryż, zioła, przyprawy i zgnieciony czosnek. Wszystko razem wymieszać i masę wkładać do przygotowanych strąków papryki. Nakryć odciętymi wierzchami. Ustawić w garnku ciasno, tak żeby papryka nie przewróciła się w trakcie gotowania. Najlepiej wybrać garnek, lub naczynie, który będzie można wstawić do piekarnika.
Wymieszać składniki sosu i wlać do garnka z paprykami. Przykryć i zagotować, zmniejszyć płomień do minimum i dusić papryki pod przykryciem ok. 30 min.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Paprykę, bez przykrycia, zapiekać ok. 20 min, aż skórka z wierzchu pomarszczy się.
Podawać z zagęszczonym sosem, w którym dusiła się papryka.

Dobrym dodatkiem do papryki będzie pieczywo albo ugotowany na sypko ryż.
Można podać też dip jogurtowy.
W wersji vege trzeba wziąć więcej pieczarek, średniego bakłażana, 6 łyżek ryżu i pominąć jajko.

faszerowana papryka

Czerwony kolor zawsze mnie pobudza, dodaje wigoru i jakoś wprawia w radosny nastrój. Szczególnie taki czerwony soczysty, jaki ma papryka. Powiem szczerze, że ze wszystkich kolorów paprykowych ten czerwony smakuje mi najbardziej. I ona też najlepiej nadaje się do obróbki termicznej. Ścianki pozostają soczyste, nie ma wrażenia, że została tylko skóra.
W takie malutkiej książeczce autorstwa Pascala Brodnickiego znalazłam kiedyś przepis na zupę krem z czerwonej papryki. Oczywiście musiałam wypróbować: 1. ze względu na czerwoną paprykę; 2. zupę-krem, bo uwielbiam muślinową konsystencję zup podanych w ten sposób.

 

Hiszpańska zupa-krem z czerwonej papryki

(przepis z "Po prostu mi to ugotuj" Pascala Brodnickiego) 

zupa hiszpańska

1 kg czerwonej papryki pokrojonej w paseczki
3 duże cebule posiekane
2 duże ziemniaki pokrojone w kostkę
1 l gorącego bulionu
oliwa
1 łyżeczka słodkiej papryki
1/2 łyżeczki ostrej papryki
sól, pieprz
2 duże zgniecione ząbki czosnku
gęsta śmietana (ja dałam 18%)

W dużym garnku zeszklić cebulę na oliwie przez ok. 3 minuty. Dorzucić paprykę
i ponownie smażyć 3 minuty. Wlać bulion, doprowadzić do wrzenia, wrzucić
ziemniaki i zmniejszyć gaz do minimum i przykryć. Gotować dopóki ziemniaki nie
zmiękną (jakieś 40 minut). Zmiksować ugotowane warzywa na krem. Posolić,
popieprzyć, dodać oba rodzaje papryki i czosnek. Można doprawić kieliszkiem
wytrawnego sherry (doprawcie, to podnosi smak zupy).
Zupę nalać do miseczek, do każdej dodać łyżkę smietany i delikatnie rozmieszać. Podawać z bagietką.

zupa hiszpańska 

 

A "na deser", coś z kuchni greckiej ;) Danie, które uwielbiam i mogłabym niemal jeść na okrągło.

 

Czerwona papryka zapiekana z halloumi

(przepis z "Smaki świata. Grecja" Susanny Tee) 

papryka z halloumi

6 małych czerwonych papryk
2 łyżki oliwy z oliwek
3 ząbki czosnku pokrojone na cienkie plasterki
250g sera halloumi pokrojonego na cienkie plastry
12 świeżych listków mięty
starta skórka i sok wyciśnięty z 1 cytryny
1 łyżka posiekanego świeżego tymianku
3 łyżki orzeszków piniowych
pieprz

1. Paprykę przekroić wzdłuż na pół. Usunąć gniazda nasienne. Skórkę posmarować niewielką ilością oliwy. Papryki ułożyć na dużej blasze do pieczenia, skórką do dołu.
2. Połową czosnku posypać połówki papryki. Dodać ser i listki mięty, skórkę otartą z cytryny, pozostały czosnek, tymianek, piniole i pieprz. Skropić resztą oliwy i sokiem z cytryny.
3. piekarnik rozgrzać do temp. 200 stopni. Zapiekać przez 30 min, aż papryka zmięknie i zacznie ciemnieć na brzegach. Podawać na gorąco.

papryka z halloumi

 

sobota, 11 sierpnia 2007
Wakacje

Polskie morze sobie szumi, ja sobie leżę na plaży... Daleko od zmartwień, daleko od kłopotów i równie daleko od kuchni ;) Dlatego moim podstawowym pożywieniem są ryby ze smażalni. Szczególnie flądra i ryby wędzone wszystkich możliwych marek.

Ale już tęsknie za pomajtaniem we własnym garnku i żarem własnego piekarnika... To chyba uzależnienie? ;) 

czwartek, 26 lipca 2007
Na jagody!


Miałam taką śliczną książeczkę Marii Konopnickiej "Na jagody". Zresztą, kto jej nie miał. Ale w mojej były przepiękne ilustracje, a największe wrażenie robiły na mnie panny borówczanki. Miały prześliczne sukieneczki.
I jagody kojarzą mi się z tymi pięknymi sukienkami. I wakacjami na Roztoczu, kiedy biegało się od jednego do drugiego krzaczka. Człowiek nawet nie musiał kucać, bo był tak mały, że mieścił się pod niewielką krzewinką.
Pamiętam też zeszłoroczne wakacje w Beskidzie Śląskim. Wjeżdżaliśmy kolejką na szczyt Skrzycznego, a pod nami ludzie zbierali jagody. A na szczycie sami podszczypywaliśmy je z krzaczków. Nagrzane słońcem owoce miały taki smak i aromat, że nie sposób tego opisać.

A wczoraj, kiedy wiatr szarpał mi włosy, a drobny kapuśniaczek zmywał mi makijaż wzięłam za rękę mojego smyka i pomaszerowaliśmy po jagody. "Mamo, wiesz ze wszystkich pierogów świata najbardziej uwielbiam te z jagodami. Zrobisz mi? Proszę!". Czyż nie ulega się takim prośbom? Jasne, że tak. Serce miękknie jak masło na słońcu i słota, nie słota, idzie się... na jagody ;)

Ze zdobytymi jagodami ("Mamo ja wybiorę takie ładne") wracamy zadowoleni do domu. "Już się nie mogę doczekać tych pierogów". Matka, czyli ja zakasawszy rękawy, zabiera się więc do roboty. I lepi, lepi, lepi... "są już te pierogi?"... lepi, lepi... "za ile będą pierogi?"... lepi...
No dobra, a teraz niech gotują się w bulgoczącej wodzie.
"Mogę wymieszać śmietanę z cukrem". Śmietana musi być kwaśna, w żadnym wypadku ubita kremówka. Do niej wsypuje się garść cukru pudru, można dodać trochę wanili, ale niekoniecznie. Kiedy parujące pierogi wyjmuję na talerz to tylko siup śmietanę na pierożki i...



A jakby trochę jagód zostało to nie ma kłopotu. Można zrobić tartę :)

Tarta jagodowa



CIASTO:
25 dkg mąki pszennej
13 dag masła lub margaryny
5 łyżek cukru
1 jajko
torebka cukru waniliowego (1,6 dag)
szczypta soli

NADZIENIE:
50 dag jagód
2 łyżki cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1/2 szklanki zimnej wody
4 łyżki konfitur jagodowych

BEZA:
3 białka
6 łyżek cukru pudru

Wszystkie składniki na ciasto posiekać i zagnieść. Ciasto owinąć folią i włożyć na 2 godziny do lodówki.
Jagody umyć i osączyć. Makę ziemniaczaną wymieszać z wodą w rondelku, dodać cukier i zagotować. Zdjąć z ognia, wsypać jagody, wymieszać i pozostawić do ostygnięcia.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Ciasto rozwałkować na okrągły placek. Wyłożyc nim dno i boki formy do tarty lub tortownicy średnicy 26 cm. Nakłuć ciasto widelcem i piec 15-20 minut. Podpieczone ciasto przestudzić, rozsmarować na nim konfitury, a na nich rozłożyć jagody.
Z białek ubić sztywną pianę, po koniec ubijania dodać cukier puder. Delikatnie rozłożyć na jagodach. Wierzch bezy można posypać płatkami migdałowymi. Zapiekać 10 min w temperaturze 220 stopni.

Suplement - oczywiście jagodzianki. Najpyszniejsze jakie jadłam były
z przepisu niezastąpionej Bajaderki :)

środa, 25 lipca 2007
Po przerwie...


Stęskniliście się za mną? :D Oczywiście, że nie, bo w końcu za czym tu tęsknić ;)

A ja tęsknie, za tym co odeszło, a w każdym razie ostatki już na straganach... A w czerwcu było prawie jak w niebie. Na straganach pod Halą Mirowską wszystko się czerwieniło, a ludzie niecierpliwie dopytywali po ile i czy słodkie. Były słodkie, były pyszne i znowu przeminęły jak sen złoty. Ooops czerwony ;)

I znowu przyjdzie nam odliczać długie miesiące aż wyciągniemy z piwnic łubianki i ruszymy po... TRUSKAWKI.



Najbardziej lubię truskawki tak po prostu, odgryzane niecierpliwie od szypułek. Czasem jeszcze zdarza się je unurzać w śmietanie albo jogurcie, ale po co? Nie wiem po co, ale tak jest równie fajnie.

No ale czasem dopada ochota, żeby coś z tych truskawek innego zrobić. Ot na przykład krem...

Krem truskawkowy




25 dkg truskawek (mogą być mrożone)
10 dag cukru
1/2 szklanki mleka
2 łyżeczki żelatyny
bita śmietana


Truskawki umyć, oderwać szypułki. Owoce zmiksować z cukrem. Żelatynę namoczyć w 3 łyżkach zimnej wody, a gdy napęcznieje rozpuścić we wrzącym mleku. Wystudzone mleko połączyć z truskawkami. Krem nałożyć do pucharków i wstawić na 2 godziny do lodówki. Przed podaniem przybrać bitą śmietaną.
Zamiast cukru można dodać fruktozy i dodatkowo obniżyć kaloryczność deseru :)

A teraz coś co nieodmiennie kojarzy mi się z sezonem truskawkowym, a jeszcze bardziej z urodzinami osoby bardzo bliskiej memu sercu. Od 7 lat dostaje ode mnie taki prezent i chyba oboje nie wyobrażamy sobie, że miałby się tego dnia nie pojawić na stole. Połyskujący na obłościach ciemną polewą czekoladową...

Tort truskawkowy



CIASTO:
6 jajek
tyle ile ważą jajka: mąki, cukru, margaryny lub masła (oznacza to, że jeśli jajka ważą np. 400 g to każdego z wymienionych składników powinno być również 400g)
KREM BUDYNIOWY:
1 l mleka
1 szklanka cukru
2 kostki masła (50 dag)
4 łyżki mąki pszennej
4 łyżki mąki ziemniaczanej
cukier waniliowy


Rozgrzać piekarnik. Przygotować dużą tortownicę i prostokątną formę do pieczenia, obie wyłożyć papierem do pieczenia. Przygotować ciasto: zmiksować masło, dodać cukier, jajka, mąkę. Ciasto rozsmarować w tortownicy dość cienką warstwą. Piec ok. 15 w nagrzanym piekarniku, wyjąć i powtórzyć procedurę z drugim plackiem w tortownicy. W prostokątnej formie rozsmarować ciasto cienką warstwą. Kiedy oba okrągłe placki są gotowe, wstawić ciasto w prostokątnej formie, z niego formuje się boki tortu. Zmierzyć wysokość boku tortownicy. Do tortownicy włożyć jeden okrągły placek. Kiedy prostokątny placek jest upieczony szybko pokroić wzdłuż na paski szerokością odpowiadającą wysokości boków tortownicy. Na gorąco formować z niego boki tortu, układając wzdłuż rantu tortownicy.
Przygotować krem: odlać pół szklanki mleka i rozmieszać w nim oba rodzaje mąki. Zagotować mleko z cukrem i cukrem waniliowym, do gotującego wlać mleko z mąką, mieszając gotować, aż zgęstnieje. Wystudzić. Zmiksować masło na krem, dodawać do niego po lyżeczce wystudzony budyń.
Połowę gotowego kremu włożyć do przygotowanej formy z ciasta. W krem wpychać truskawki jedna obok drugiej, dołożyć 2/3 pozostałego kremu, powtórzyć procedurę z truskawkami, rozsmarować resztę kremu i przykryć drugim plackiem. Wstawić do lodówki do stężenia na ok. pół godziny. Po tym czasie ostrożnie rozpiąć obręcz tortownicy i wyjąć ciasto, ułożyć na paterze lub dużym talerzu. Tort pokryć polewą czekoladową i ozdobić truskawkami.

I jeszcze podam oryginalną masę do tego tortu. Jest pyszna, ale też ciężka maślano-jajeczna, no i czasem nie chce wyjść ;)

KREM MAŚLANO-JAJECZNY:
6 jajek
2 szklanki cukru
cukier waniliowy
3 kostki masła (75 dag)

Jajka ubić z cukrem na parze. Gdy zgęstnieją zdjąć z pary i wciąż ubijając wystudzić. Masło utrzeć na krem, stopniowo dodawać ubite jajka, aż do uzyskania jednolitej konsystencji.

Wykonanie tego toru nie jest może najłatwiejsze, ale to kwestia wprawy :) Efekt jest za to niesamowity, większość osób zastanawia jak udało się zapiec krem i truskawki ;)))

Nie wiem, jak Wy, ale ja chyba znowu zaczynam odliczać czas do kolejnego czerwca :D

poniedziałek, 28 maja 2007
Muffinki



Nie kombinowałam z tytułem tej notki, bo i po co? Słowo muffiny mówi samo za siebie. Do mnie mówi... Mówi, że w ciągu 40 minut będę mieć ciastka, bułeczki, czy jak to sobie nazwę. Ciastka są na słodko. Mogę mieć w sobie dosłownie wszystko: czekoladę, orzechy, rodzynki, jabłka, daktyle, figi, skórkę pomarańczową, jagody... Starczy tej litanii słodkich dodatków. Bułeczki za to są wytrawne. Mogą być na śniadanie i kolację, mogą być przegryzane do zup lub sałatek. Wreszcie są idealne na wszelkie wyjazdy. Zamiast rozciapanej buły wgryzamy się w sprężysty miąższ muffinki i wio dalej przed siebie.

Ciekawe swoją drogą, kto jest odpowiedzialny za ten genialny wynalazek? Ktokolwiek był należy mu się kulinarny Nobel, bo doprawdy nie znam, żadnego innego wypieku, który dawałaby takie pole manewru.

Pamiętam moje pierwsze muffinki. Tzn. inaczej, to nie były do końca muffinki. Napaliłam się na takie z wiśniami i czekoladą, bo każdy łasuch wie, że czekolada i wiśnie to para wprost stworzona dla siebie. Znalazłam przepis i zabrałam się do roboty. Było tylko jedno ale... Nie miałam formy. Zapakowałam więc ciasto do foremek na babeczki i wrzuciłam do piekarnika. Przesiedziałam przed szybą piecyka całe 20 minut po cichu szepcząc zaklęcia, żeby ciasto choć trochę ruszyło w górę. Ale widocznie trzeba było krzyczeć, bo ciasto się na mnie wypięło i prawie w ogóle nie urosło. Łykając gorzkie łzy porażki wyjmowałam ciastka. Ale o dziwo i tak można je było zjeść. Przy pierwszej okazji nabyłam formę na 12 muffinek. I wtedy się zaczęło, i trwa do dziś.

Od kiedy jestem szczęśliwą posiadaczką (dzięki Jotko :)) książki Le Cordon Bleu traktującej w całości o muffinkach moja produkcja zyskała blask i wciąż się rozwija. Choć nie tylko tam znajduję natchnienie ;)


Muffinki z oliwkami, rozmarynem i parmezanem



375 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
175 g czarnych oliwek bez pestek, posiekanych
35 g parmezanu, startego na drobnej tarce
1 łyżka posiekanego świeżego rozmarynu
2 jajka
250 ml mleka
125 g stopionego masła

1. Piekarnik nagrzać do 210 stopni. Formę na 12 muffinek wysmarować tłuszczem. Do miski przesiać mąkę, proszek do pieczenia, sól, dodać oliwki, parmezan i rozmaryn, zamieszać zrobić w środku dołek.
2. W niewielkim dzbanku rozbić jaja z mlekiem. Do dołka w mące wlać masę jajeczną i stopione masło. Wymieszać metalową łyżką tak, żeby składniki się wymięszały. Nie należy mieszać za długo, ponieważ ciasto powinno być grudkowate. Łyżką wkładać ciasto do formy muffinkowej, wypełniając każdy otwór do 3/4 wysokości.
3. Piec 20 min lub do chwili, kiedy patyczek wkłuty do środka muffinki będzie po wyjęciu suchy. Zostawić muffinki w formie przez 5 min, po czym delikatnie je wyjąć i przełożyć na metalową siatkę do ostygnięcia.

Przpepis pochodzi z książki "Le Cordon Bleu. Mufinki".


Muffinki a'la baklava


nadzienie:
100 g orzechów (można wymieszać różne gatunki)
1 1/2 łyżeczki cynamonu
75 g cukru brązowego
45 g rozpuszczonego masła

Orzechy zemleć z cukrem, wymieszać z cynamonem i masłem.

ciasto:
210 g mąki
75 g drobnego cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
250 ml maślanki (można wymieszać 175 ml mleka 3,2 z 75 ml jogurtu)
45 g rozpuszczonego masła
1 duże jajko

Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Mąkę wymieszać z cukrem, proszkiem do pieczenia i sodą. W dzbanku wymieszać maślankę, jajko i masło wlać do suchych składników i wymieszać do połączenia. Zwyczajowo, jak przy muffinach delikatnie i nie musi być gładkie. Foremki wysmarowane masłem albo wyłożone papierowymi foremkami wypełnić w 1/3 ciastem, na to wyłożyć nadzienie orzechowe i dopełnić ciastem. Piec 15 minut do zezłocenia.

125 ml miodu

Po wyjęciu posmarować muffinki miodem (ja nie smarowałam z czystego lenistwa ;)).

Przepis pochodzi z książki "How To Be a Domestic Goddess" Nigelli Lawson, tłumaczenie moje.



Aha i jeszcze jedno na zakończenie. Nie trzeba zjeść wszystkich muffinek na raz. Warto za to wrzucić je do woreczka i zamrozić. Jak nas przyciśnie głód lub chętka na coś słodkiego, po prostu wrzucamy zamrożoną muffinkę na 10 minut do piekarnika i voila...

czwartek, 24 maja 2007
Żar z nieba


Dogrzało. Ulice po prostu toną w słońcu. Ludzkość obnaża się na każdy możliwy sposób. Spod bardzo krótkich spódniczek wyłaniają się zgrabne dziewczęce nogi. Chłopaki nie pozostają w tyle i dumnie prezentują łydki wystające z krótkich spodenek. Lato w mieście... Koszmar, nie da się ukryć. Wytchnieniem są klimatyzowane biura, kina, centra handlowe. Wszelkie zbiorniki wodne, nawet w postaci małej fontanny, okupowane są przez starszych i młodszych.

Posuwam się mozolnie w górę stromej ulicy i patrzę z żalem na pustą butelkę po wodzie. Ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że od rana nic nie jadłam. Za to po mojej głowie notorycznie krąży myśl, że sięgnęłabym po zroszoną szklankę wypełnioną wodą gazowaną, lodem i ósemką cytryny. I kiedy do głowy przychodzi mi taka myśl to mam wrażenie, że jest mi jeszcze bardziej gorąco. Ufff...

Upał, nie upał, jeść coś trzeba. Można jeść sałatki. Można sięgnąć po pierwsze truskawki. Ale można kupić też kilka ogórków, jogurt bałkański albo grecki, koperek i zrobić chłodnik grecki zwany angourosoupa. Blisko spokrewniony zresztą z taratorem.

Chłodnik z ogórków


3 średnie ogórki
340 g jogurtu greckiego lub bałkańskiego
300 ml rosołu z kury
2 łyżki oleju z orzechów włoskich lub oliwy
2 duże zmiażdżone ząbki czosnku
3 łyżki posiekanego koperku
sól, pieprz
orzechy włoskie
koperek do posypania


Ogórki umyć, obrać, przekroić na pół i pozbawić pestek. Pokroić w drobną kostkę, położyć na sicie, żeby trochę odciekły. Jogurt wymieszać z rosołem, czosnkiem olejem i koperkiem. Dodać ogórki, doprawić do smaku solą i pieprzem. Chłodzić co najmniej 4 godziny. Przed podaniem posypać posiekanymi orzechami i koperkiem.


A jak chce nam się chwilę dłużej posiedzieć w kuchni to polska (no powiedzmy) klasyka przychodzi w sukurs i do lodówki wkładamy chłodnik litewski. Kiedy już uczciwie się schłodzi (najlepiej, żeby zajęło mu to jeden dzień) wlewamy do miseczek, dodajemy ćwiartki jajek i... chłodzimy się.


Chłodnik litewski


pęczek botwinki
3 szklanki kefiru lub mleka zsiadłego
1 szklanka gęstej śmietany
po 2 łyżki posiekanego koperku i szczypiorku
długi ogórek
pęczek rzodkiewek
4 jajka na twardo
3 ząbki czosnku
sok z cytryny
sól, pieprz, cukier


Botwinkę starannie umyć i pokroić na dość małe kawałki. Jeśli ma buraczki, obrać je i pokroić na ćwierćtalarki. Botwinkę ugotować w niewielkiej ilości wody posłodzonej i zakwaszonej sokiem z cytryny, wystudzić.
Rzodkiewki umyć, pokroić w grubą kostkę. Ogórek umyć, obrać, wyciąć gniazda nasienne i również pokroić w grubą kostkę.
Umyć, posiekać drobno koperek i szczypiorek.
Kefir wymieszać starannie ze śmietaną, dodać botwinkę, ogórek, rzodkiewkę, koperek i szczypiorek, przeciśnięty przez praskę czosnek, dokładnie wymieszać. Doprawić do smaku solą, pieprzem, cukrem. Zupę mocno schłodzić w lodówce. Podawać z jajkami pokrojonymi na ćwiartki.
Do chłodnika można dodać pokrojone pieczone mięso. Albo szyjki rakowe. Ale ja najbardziej lubię wersję vege i taką polecam.


W sumie jak się przypatrzyć różnym kuchniom to w każdej znajdzie się jakaś zupa-chłodnik. A czym bardziej na południe Europy tym ich więcej. Dlatego nie ma co narzekać tylko szukać, szukać, szukać nowych chłodnych smaków.

poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Nieborów i Arkadia

Wiadomo "już wiosna radosna zapachy śle", więc spakowaliśmy rano bułeczki z halloumi by Bajaderka, wafelki wodę żywiec niegazowaną i nałęczowiankę na gazie i udaliśmy się w podróż niedaleką. Ha cóż, że niedaleka jak cel był piękny - Nieborów i Arkadia. Gładko więc sunęliśmy drogą krajową 2, co chwila podskakując na dziurach. A potem to już prosto - w lewo, w prawo, w lewo i byliśmy w Bolimowie :D
Bolimów mieścinnka senna, gdzie trzech mocno osłabionych panów musi prowadzić jeden rower. Rower musiał być cholernie ciężki, bo panowie z wysiłku aż się słaniali. My za to udaliśmy się do kościoła Św. Anny.

b1





Ledwo wsiedliśmy do samochodu znowu musieliśmy wysiadać, bo już byliśmy w Nieborowie. Pierwsze co nam się rzuciło w oczy to był zdechły kot. Zaraz potem w oczy rzucił nam się... No sami spójrzcie zresztą ;)





Na straży pałacu zakwitły magnolie - z lewej bujne kwiecie było białe



[

z prawej krzak pokryty był nieśmiało zaróżowionym pękiem pąków.





Tuż obok dwa lwy wygrzewały kamienne grzbiety w promieniach słońca.



A na schodach malowniczo ułożył sie miejscowy pies :)



Wnętrza większości polskich pałaców zazwyczaj mnie rozczarowywują. Dużo w nich obrazów, które nijak mają się do wnętrz, wnętrz, których w owych pałacach nie było. Nieborów wcale od tego bardzo nie odstaje. Obrazy od Sasa do Lasa, znaczy Poniatowskiego. Ale kilka autentycznych kominków, majestatyczne piece kaflowe, stiuki i niesamowita klatka schodowa wyłożona holenderskimi kafelkami robią wrażenie.













Opuściliśmy dość szybko wnętrza pałacowe (
mamo, co to buduar?) i udaliśmy się do parku położonego tuż za. W sumie muszę powiedzieć, że fajnie sobie kiedyś mieszkano, bo ja np. tez chciałabym mieć taki bukszpanowy labirynt ;)



Jest też ogródek warzywny. Nie wiedzieć dlaczego posadzone są w nim truskawki ;) Ale można też sprawdzić, która godzina (taki stary ten zegar, a jeszcze działa).



Można sobie też popatrzeć na ule (
wiecie, że ul to najkrótszy polski wyraz?).



Skoro nie ma warzyw w warzywniaku idziemy dalej - do domku ogrodnika. Przed domkiem ogrodnika na ławcze siedzi sobie dwoje ludzi -
To są chyba ci ogrodnicy!



A przez szybkę w oranżerii można sobie było pooglądać owoce ;)




Uroczy kanał, po którym...
patrzcie, patrzcie tam płynie wąż morski!!! (wąż nie został uwieczniony ponieważ zasuwał szybciej niż Kubica ;)).





To wygląda jak skamieniała kobieta, której wyrosły włosy.



I jeszcze dwa obrazki :)





A na koniec wizyty w Nieborowie drzewo w ciąży :D



5 kilometrów przejechaliśmy ino mig ;)
Arkadia to magiczne miejsce. Przekraczając progi tego parku człowiek ma wrażenie, że wstępuje do tajemniczego ogrodu, gdzie wszystko się może zdarzyć :)
Ciekawe co działo się w domku gotyckim, gdzie... "księżna Helena urządziła ok. 1813 r. symboliczną kwaterę żołnierską dla swego syna Michała Gedeona - napoleońskiego generała i późniejszego przywódcy powstania listopadowego. W znajdującej się tam komnacie ustawiono gotyckie łoże pokryte lamparcią skórą, umieszczono krzyż, rzymskiego orła, zbroję rycerską z mieczem i hełmem. Na ścianach zawieszono portrety wodzów polskich, tarcze herbowe i mapy. Nie zabrakło rzeczy osobistych generała: kapelusza, odznaczeń, książek, wyposażenia sztabowego." Szkoda, że teraz wszystko tam zamknięte na głucho.





Domek Murgrabiego -
Tato to oni tu "Janosika" kręcili?. Nie kręcili, ale pewnie za krzakiem siedział Pan Kleks i zjadał piegi ;)





Studnia robiła wrażenie, jakby o poranku wodę z niej brał nie murgrabia, ale właściciel leżącego nieco dalej przybytku, arcykapłan.




Taki arcykapłan musiała mieć niezłe chody u Radziwiłowej skoro wystawiła mu takie Łazienki. Niezwykłe miejsce pełne zaułków i wyrastających wprost ze ścian niewielkich główek. No i Nadzieja karmiąca Chimerę tuż ponad głową dwóch rzygaczy.







Ale to wszystko nic, bo ja zakochałam się w akwedukcie. Spędziłam przy nim tyle czasu i zrobiłam mu tyle zdjęć, że nieomalże zostałam stamtąd wyniesiona.




Arkadia nie byłaby zaliczona, gdyby nie wizyta przed i w Świątyni Diany. W środku siedziały dwa harpagon, które marudziły, że
te ludzie jakby mogły to by tu spały. Pewnie, że chętnie by te ludzie się przespały pod sufitem, gdzie czy zmierzch czy południe zawsze Jutrzenka ;)





Czas odpływać z Arkadii.


środa, 11 kwietnia 2007
Święta, święta...

...i po świętach. To powiedzenie zawsze kończy okres świąteczny. Nie lubię go, bo niechybnie wywołuje u mnie syndrom spełnione baśni. To co miało być przyjemne i radosne właśnie odchodzi do lamusa.

Ale cóż tak to w życiu jest, że to co fajne szybko się kończy. Na szczęście pozostają wspomnienia. A w przypadku świątecznej strawy zostają zapasy ;) Oczywiście, nawet najlepsze faszerowane jajka mogą nam zacząć wychodzić bokiem, kiedy jemy je 3 dni pod rząd, a sałatka z wędzonym kurczakiem nie smakuje już tak jak w niedzielę. Ale ten smutny los wielu Polaków nie jest moim udziałem. Mam ten komfort, że zabieram do swojego domu to co mi smakuje i wiem, że jeszcze pożyje w mojej lodówce.

Wielkanoc w tym roku wycięła nam niezłego psikusa. Wszyscy nastawieni na wspaniałą wiosenną aurę ze zdziwieniem opatulali się w Wielką Sobotę w szaliki, rozkładali parasole w Wielką Niedzielę i zerkali smętnie w szarą dal w poniedziałek. Cóż pozostało innego, jak spoglądać na żółciutkie żonkile i radosne tulipany? Może spoglądanie na wielkanocny stół? ;)

Wspomnę więc kilka potraw, które przedefilowały przez nasz stół w te świąteczne dni.

Rok temu z wielką przyjemnością odkryłam (a wraz ze mną rodzina) ruloniki z szynki. Proste to i nieskomplikowane, a jak miło połączyć nieciekawą szynkę z iście wiosennym nadzieniem. Bo w środku i chrupiąca rzodkiewka, i zielony ogórek, i szczypiorek.... mmm... A to wszystko dzięki Yenulce :)


Jeśli już mowa o szynce to muszę przyznać, że nie przepadam za wędlinami. A już na pewno nie za tymi sklepowymi. Czasem własnoręcznie pekluję szynkę. Czasem zdarza mi się dostać wędlinę wędzoną na działce. I takie rzeczy mi smakują, choć w rozsądnych ilościach. W tym roku delektowaliśmy się pieczonymi mięsami. Były pysznie zamarynowane i upieczone przez mojego tatę.




Z niesłodkich rzeczy napomknę jeszcze o terinie. To był mój eksperyment kulinarny. Wg mnie się udał, ale zdania były podzielone ;)



Teraz to co tygryski lubią najbardziej (na zgubę samych tygrysków :D) – ciasta. Bo Wielkanoc to takie cudowne święta, kiedy bawimy się ciastami. W końcu mazurki to takie małe obrazki, gdzie możemy pokazać co nam w duszy gra. Ja pokażę co zagrało mojej mamie w duszy. Jej ozdoby mazurkowe jakoś przywodzą mi na myśl takie ludowe obrazki. Nie wiem dlaczego, bo moja mama ze sztuką ludową nic wspólnego nie ma, ale ta radosna twórczość jakoś samowolnie nasunęła mi takie skojarzenia.

I tak o to na mazurku pomarańczowym rozkwitło radosne słońce, jakby na przekór temu co się działo za oknem.



A mazurek kajmakowy to już istna orgia barw. Efekt uzyskany za pomocą barwionego ananasa.


Skromnie się przy tym prezentowała upieczona przeze mnie baba. Tu przy okazji muszę powiedzieć, że z babami drożdżowymi zawsze miałam problem. Jak się nie starałam, wyrabiałam, chuchałam, dmuchałam one zawsze jak jeden mąż, choć to baby były jako się rzekło, wychodziły jak oklapnięty suflet. Nawet zakalca nie miały, ale były klapnięte. Zniechęciłam się więc do tego ciasta i myślałam, że skazuję siebie i swoją rodzinę na ogryzanie niesmacznych bab sklepowych. Aż tu w zeszłym roku dowiedziałam się, że jest baba nad którą można basem śpiewać arie operowe i stepować, a ona i tak wyjdzie. Przepis jest niezwykle prosty i jak ktoś jest zainteresowany to ja tylko napiszę, że to parzona baba drożdżowa wg przepisu Anusiaczka :)


I na koniec pascha. Ulubiony deser mojego męża. W tym roku sam zjadł ¾ ;) Przepis stworzyłam sama na podstawie różnych receptur. Ponieważ uwielbiam sobie ułatwiać życie nie produkuję własnoręcznie twarogu, a używam trzykrotnie mielonego. Dla mnie tajemnica dobrej paschy to poza dobrym białym serem mnogość bakalii, dlatego zawsze sypię je hojną ręką :D

Pascha


Proporcje:

50 dag twarogu śmietankowego trzykrotnie mielonego
25 dag masła
4 żółtka ugotowane na twardo
3/4 szklanki cukru pudru
migdały w słupkach, rodzynki, skórka pomarańczowa smażona w cukrze, orzechy laskowe
1 cukier waniliowy (to jest ok. 1 łyżeczki, ponieważ używam cukru, który robię sama wkładając rozcięte laski wanilii do słoiczka z cukrem)


Żółtka i twaróg przetrzeć przez sito. Rodzynki sparzyć i osączyć. Orzechy posiekać. Masło utrzeć z cukrem i nadal ucierając, dodawać żółtka, twaróg i cukier waniliowy. Do masy serowej dodać bakalie.

Miseczkę lub nową doniczkę wyłożyć podwójną warstwą gazy. Nałożyć masę, zawinąć rogi gazy, wierzch obciążyć i wstawić do lodówki co najmniej na 12 godzin. Następnie odwinąć z gazy, wyłożyć na talerz i przybrać bakaliami lub konfiturą.

Podawać mocno schłodzoną.

czwartek, 22 marca 2007
Wiosenny spleen i bamboo steamer


Czasem wiosna zamienia się w ponurą listopadową szarugę. Czasem nie pomaga kolejna kawa, kolejny kwadrat ciasta. Czasem ołowiane niebo wali się z całą, nieokiełznaną, siłą na głowę.
Zapięta pod samą brodę, zamotana w szal i ukryta pod kapturem zimowej kurtki szłam z nosem zwieszonym na kwintę. Od kilku dni dręczy mnie wiosenny spleen. Taki smuteczek, co się przypałęta nie wiadomo skąd i jak cień łazi krok w krok. Nawet mu nie przeszkadza, że bez słońca nie ma cienia. Taki to cień niesłoneczny.
Na przekór tym smutkom postanowiłam zaprząc się do pracy w kuchni. Jakiś tydzień temu stałam się szczęśliwą posiadaczką bamboo steamer, czyli ujmując rzecz po polsku bambusowego koszyka do gotowania na parze. Koszyk kosztował ledwie 4,99 zł i przez większość osób był odkładany z nieufnością na półkę. Ale nie przeze mnie. Podskakując radośnie przytuliłam go do serca i już jechał w moim wózku pośród innych zakupów. Przywiozłam go do domu, postawiłam w kuchni i tak sobie stał. Widocznie musiał swoje odstać, a ja musiałam sobie w głowie ułożyć jego zastosowanie.
Tak więc deszcz sobie padał, łzy sobie kapały, a koszyk stał. Po między jednym a drugim chlipnięciem przypomniałam sobie program Jamiego Olivera, w którym robił pierożki. Ni to wonton, ni to tortellini, na dodatek nadzienie iście tajskie - fusion jak się patrzy. Tylko skąd wziąć ciasto na wonton? - pomyślałam mocząc systematycznie kolejną chusteczkę. No jak skąd? To proste - z mniama. I tak to przy pomocy niezastąpionych przepisów Bajaderki i łatwego nadzienia Olivera powstały w mojej kuchni pierożki ;)

Pierożki z tajskim nadzieniem



Proporcje:
Ciasto
2 i 1/2 szklanki mąki
1 i 1/4 szklanki wrzącej wody

Mąkę wsypać do miseczki, zalać wrzątkiem, wymieszać drewnianą łyżką. Zagnieść na stolnicy gładkie elastyczne ciasto, przykryć ściereczką i zostawić na ok. 30 min.



Nadzienie
4 udka z kurczaka bez kości i skóry
4 duże ząbki czosnku
ok. 5 cm kawałek imbiru
2 łodygi trawy cytrynowej (nie miałam i użyłam suszonej)
pęczek natki kolendry (nie było w sklepie, więc użyłam natki pietruszki)
1 jajko
4 łyżki sosu sojowego
2 łyżeczki oleju sezamowego (sądzę, że można go pominąć, choć daje ten swój charakterystyczny smaczek)

3 łyżki oleju arachidowego
sos sojowy

Czosnek, imbir, obrane i zmiażdżone łodygi trawy cytrynowej wrzucić do malaksera i zmiksować. Dodać pokrojone w kawałki mięso i część natki kolendry razem z łodyżkami - zmiksować. Wlać sos sojowy i olej sezamowy, dodać jajko i jeszcze raz zmiksować. Powstanie dosyć luźna masa.

Ciasto podzielić na 4 części. Jedną część rozwałkować jak najcieniej i pokroić na kwadraty 5x5 cm. Na środku każdego kwadratu układać łyżeczką niewielką porcję nadzienia. Brzegi kwadartu zwilżyć wodą i sklejać w trójkąt, dłuższe brzegi skleić ze sobą i przekręcić je na drugą stronę (to dosyć skomplikowane i trudne do opisania - ale podpobnie jak robi się uszka tylko dodatkowo jeszcze to sklejenie rogów trzeba odwrócić na drugą stronę pierożka).
Pierożki ułożyć w koszyku lub naczyniu do gotowania na parze. Gotować ok. 10 min.



Na patelni rozgrzać olej arachidowy, na gorący kłaść pierożki i usmażyć na złoto z jednej strony. Wyłożyć na talerz, posypać resztą kolendry albo grubo pokrojonym szczypiorkiem dymki. W miseczce podać sos sojowy do maczania pierożków.

 
1 , 2